50-lecie

nowe naczynia liturgiczne

– dar indywidualnej rodziny
i dzieci komunijnych

PARAFIA

gr. paraphyïa, od gr. para-phýō – rosnę obok czegoś.

Uczestniczyć w życiu wspólnoty, być żywą częścią tej rzeczywistości, to właśnie rosnąć z innymi przy Chrystusie, przy ważnych treściach, doświadczeniach…

w s p o m n i e n i a

Moje wspomnienie o kościele z okazji 50-lecia erygowania parafii. 

Jako parafianka naszej jerzykowskiej wspólnoty  pragnę wyrazić wdzięczność Bogu za erygowanie naszej parafii, które dało początek pięknej wspólnocie, do której należę i z której jestem dumna. To właśnie w tej parafii przeżywałam najważniejsze momenty mojego życia -zarówno radosne, jak i smutne: chrzest święty, I Komunię Świętą, bierzmowanie, ślub oraz pożegnanie bliskich. 

Jako mała dziewczynka przychodziłam tu z rodzicami i siostrą. Po założeniu rodziny wspólnie z bliskimi uczestniczymy w wielu pięknych wydarzeniach, które mają miejsce w naszej parafii, ucząc się wzajemnie modlitwy, szacunku i życia we wspólnocie. 

Na przestrzeni 50 lat zmieniali się proboszczowie. Każdy z nich wniósł coś od siebie i pozostawił trwały ślad. Jest jednak kapłan, którego wspominam szczególnie, a który wywarł ogromny wpływ na moje życie i dzięki któremu odnalazłam właściwą drogę. Jest nim śp. Ksiądz Jan Broda. Cieszę się niezmiernie z przynależności do naszej parafii i dziękuję Bogu za dobrych kapłanów oraz parafian, których postawił na mojej drodze życia, a którzy dzieląc się wiarą, przyczyniają się do wzrostu mojej wiary. Zapewniam o modlitwie w intencji wszystkich parafian oraz całej wspólnoty. 

Agnieszka

Pamiętam Msze Święte za czasów księdza Nowackiego, które były odprawiane w języku łacińskim przy ołtarzu tyłem do wiernych. Na ścianach po bokach ołtarza zawieszone były plakaty z wypisanymi po łacinie odpowiedziami. Pamiętam do dziś, co należało mówić.

Ksiądz Nowacki był gospodarzem, hodował zwierzęta, często można go było spotkać go przy sklepie.

Kiedy przygotowywaliśmy się do Pierwszej Komunii, trzeba było zdać egzamin, który był przeprowadzany przez księdza w kościele. Musieliśmy przyjść z rodzicami. Siedzieliśmy z nimi w ławkach, a ksiądz zadawał pytania z katechizmu.

Bardzo podobał mi się wieniec adwentowy w tamtych czasach. Zawieszony był wysoko między ołtarzem a żyrandolem. Zapalenie świec było zadaniem ministrantów. Nie było to proste, by dosięgnąć świec używali zapalacza. Kiedy wchodziło się do kościoła w tym przedświątecznym okresie od razu było wiadomo, że jest adwent. 

Wykupione miejsca w ławkach oznaczone były szklanymi tabliczkami, pod którymi znajdowały się kartki z nazwiskami.

Jan

Ksiądz Broda zabierał ministrantów do Tuczna pod namioty. Przed Pierwszą Komunią Świętą przygotowywaliśmy się razem z kolegami do śpiewania psalmu. Ksiądz Andrzej grał na pianinie, a my ćwiczyliśmy śpiew.

Krzysztof

Z czasów młodości pamiętam lekcje religii z księdzem Nowackim. Uczył nas katechizmu, z którego później odpytywał. Egzamin przed Pierwszą Komunią Świętą odbywał się w kościele.

Kiedy proboszczem był ksiądz Broda mój mąż pomagał mu w różnych pracach. Pamiętam, że pewnego roku mieliśmy w domu figurę Jezusa leżącego w grobie. Zadaniem męża było odmalowanie go i odtworzenie odłamanego nosa.

Irena

Do szkoły chodziłem w Biskupicach, a na religię w Jerzykowie. Cała rodzina była związana z jerzykowską parafią, wszyscy byliśmy tutaj chrzczeni i przystępowaliśmy do Pierwszej Komunii. Komunię pamiętam jako przeżycie duchowe, bez ustawiania. Kiedy byłem mały wydawało mi się, że ten barak jest taki duży. W środku stały stare ławki, jakby szkolne. Kiedy rozmawialiśmy między sobą w ławce ksiądz Nowacki rzucał kluczami. Nie celował w dzieci, ale czuliśmy respekt.

Przed ślubem chodziliśmy na nauki przedmałżeńskie, które w kościele prowadził ksiądz Andrzejczak. Prowadził je żartobliwie, przychodziło dużo osób – ksiądz był mocno skierowany do ludzi. Pamiętam, że rodzice pojechali na pielgrzymkę. Wsiedli do autobusu, kobiety zaczęły śpiewać. Ksiądz wstał i poprosił aby przestały, powiedział, że naśpiewaliśmy się w kościele, a tu mamy odpoczywać.

Moi rodzice angażowali się w budowanie ołtarza na Boże Ciało, jeden był przygotowywany przez ludzi z Biskupic, konstrukcja była przechowywana w naszym domu, co roku modyfikowana i wystawiana. Mój tata chciał by jego ołtarz był najładniejszy i wymyślał za każdym razem inny wygląd. Wieźliśmy go wózkiem przez całe Biskupice i Jerzykowo (to było za księdza Zdzisława najwięcej). Zdzisław przeżywał wszystkie uroczystości kościelne, był zaangażowany duchowo. Franciszek to był gospodarz. Kiedyś trwała msza, chyba nie było organisty. Śpiewanie szło kiepsko. Ksiądz uderzył pięścią w ambonę i krzyczy: „To ma być śpiew na chwałę Bożą? To jest jakaś kpina!”. Kolejna pieśń była już śpiewana ile fabryka dała.

Zbyszek

Rodzice bardzo udzielali się w jerzykowskim kościele. Tata prowadził księdza na procesji (ołtarz był obowiązkowo ubierany), mama nosiła sztandar i ja też kiedyś dostałam sztandar do niesienia… z Marią Goretti. Ja byłam mała, a sztandar ciężki więc miałam problem go unieść. Niestety podczas pokłonu sztandarem coś się obluzowało i odpadł od drzewca. Panika… procesja ruszyła, a ja z zepsutym sztandarem zostałam. Ministranci zobaczyli co się stało, szybko dowiązali go wstążkami i jakoś się trzymał. Reszta procesji odbyła się z duszą na ramieniu. To było za księdza Zdzisława.

Moi rodzice i sąsiedzi wiele dni przed Bożym Ciałem przygotowywali ołtarz. Zaangażowana była cała ulica. To było wielkie wydarzenie. Wszyscy brali w tym udział. Były placki, kawa, rozmowa, organizowanie i ogromny ruch twórczy. Pamiętam to od dzieciństwa do mojej dorosłości. Głównym pomysłodawcą był mój tata. On jeździł do Poznania do księgarni św. Wojciecha po broszury z pomysłami na ołtarz. Był bardzo nowoczesny i takie też ołtarze wybierał. Ksiądz bardzo lubił tatę, zarówno Zdzisław jak i Jan. Wyprawa z ołtarzem w elementach, kwiatami i obrusami zaczynała się o 5.00 rano. Wszyscy szliśmy pomagać udekorować i ustawić ołtarz. Zawsze raniutko przychodził do nas ksiądz przywitać się i zobaczyć co tworzymy pod kościołem. Któregoś razu przyszedł przywitać nas nowy ksiądz, to był Jan Andrzejczak. Jeszcze nie znali go ludzie. Przyszedł w koszulce, klapeczkach i z filiżanką kawy. Tylko nieliczni wiedzieli, że to ksiądz. Nasze sąsiadki zobaczyły młodego, przystojnego wysportowanego mężczyznę i zaczęły żartować, że przydałby się nam do pomocy. Zagadywały, zaczepiały, a on tylko się uśmiechał. Kiedy odszedł i dowiedziały się kto to, chciały natychmiast wracać do domu, bo tak się źle z tym czuły. Wracając już do domu, po ustawieniu naszego ołtarza, odwiedzaliśmy inne grupy tworzące swoje ołtarze. To był piękny, niezapomniany czas. Wszyscy wtedy byliśmy jednością a śp. pani Karwasińska zawsze mówiła: „Robimy to dla Boga, nie dla ludzi, ale dobrze, żeby i ludziom się podobało”.

A ksiądz Zdzisław sam zbierał na tacę. Kiedyś podczas jakiejś wizytacji miał zwróconą uwagę, że to jest niezgodne z liturgią, bo odchodzi od ołtarza. Na to on odpowiedział, że to jest jedyny sposób żeby mógł zobaczyć się z bliska ze swoimi parafianami.

Moi rodzice byli bardzo bogobojni, wiara i kościół były dla nich fundamentem. Tak nas wychowali. Bez Boga ani do proga. Droga do jerzykowskiego kościoła znana nam była w każdym centymetrze. Chodziliśmy tam ze święconką, bo u nas ksiądz przyjeżdżał do prywatnych domów i tam się zanosiło. Mama uznawała tylko święconkę z kościoła więc razem z moimi braćmi chodziliśmy. Ja byłam za nią odpowiedzialna. Tyle tylko, że w drodze powrotnej jeden z moich braci wyrywał mi ją z ręki i uciekał do lasku, tam gdzie teraz skręca się na cmentarz. Oczywiście szybko zjadał wszystkie kolorowe jajeczka oraz to co było smaczne i oddawał mi ją taką oszabrowaną. Ryczałam jak bóbr i nic to nie dało, co roku było to samo.

Na chórze, za moich młodych lat, były tylko miejsca VIP. Tam od lat były ustanowione miejsca kto, gdzie siedzi. Tam siedziała całą śmietanka Jerzykowa i okolicznych wsi, najbogatsi gospodarze i „osobistości” parafii. Tam nie można było sobie ot tak usiąść na sumie. Każdy spoglądał do góry jak dziś wygląda Iksińska i czy znów ma coś nowego na sobie. Plebs mógł sobie ich obejrzeć jak szli do komunii bocznym przejściem. Potem to trochę się zmieniło. Jeszcze wcześniej, ale nie wiem za którego księdza, były tabliczki na ławkach kto, gdzie siedzi. Tata i mama nie zgodzili się żeby płacić w kościele za miejsce i siedzieli na bocznej ławce. Kiedyś przyjechała do mamy jej siostra i nie było już miejsca na bocznej ławce, więc usiadła, nie patrząc, że tam jest jakaś tabliczka. Po pewnym czasie przyszła jakaś kobieta do tej ławki i mówi do mojej cioci, że to jest jej wykupione miejsce. Na to moja ciocia odpowiedziała: „A w niebie też już sobie pani miejsce wykupiła?”. I nie ruszyła się stamtąd. Te tabliczki po jakimś czasie zniknęły, ale nie pamiętam kto je zniósł.

Mieszkaliśmy w Biskupicach, ksiądz Gieszczyński pozwolił nam przychodzić na lekcje religii do baraku (poprosiła o to nasza mama). Był bardzo spokojny, dystyngowany. Lekcje polegały głównie na tłumaczeniu katechizmu. Trochę się bałam, bo nie wszystko rozumiałam, ale inne dzieci podpowiadały. Przychodziliśmy na lekcje klasami. Bardzo chciałam ukończyć pierwszą klasę, bo na koniec ksiądz obiecał cukierki. Niestety nie udało się – w Biskupicach w salce ksiądz Stefan zaczął uczyć religii i mama nas przeniosła. Do dziś mam koleżanki i kolegów z jerzykowskiej religii.

Ksiądz Nowacki był gospodarzem, kiedy mama z tatą szli do kościoła, było to chyba jesienią, ksiądz orał pole. Kiedy zobaczył ludzi idących do Kościoła, powiedział do nich: „Jeszcze tylko skończę i przybiegnę do kościoła odprawić Mszę”.

Małgorzata

Z naszą jerzykowską parafią jestem związana całe życie. Podzielę się wspomnieniami z czasów szkolnych, czyli lat 90., kiedy proboszczem był ksiądz Jan Broda. Bardzo dobrze pamiętam nabożeństwa dla dzieci, które się wtedy odbywały. Różaniec śpiewaliśmy, ksiądz każdemu dziecku podsuwał mikrofon i trzeba było się wykazać „umiejętnościami” wokalnymi. Drogę krzyżową przygotowywaliśmy klasami i czytaliśmy kolejne stacje. Natomiast ulubionym elementem rekolekcji był śpiew. Siadaliśmy w ławkach klasami – najmłodsi z przodu, starszaki z tyłu. Podczas śpiewania piosenki Ojciec Abraham chłopaki z najstarszych klas tak intensywnie tupali nogami w klęczniki przy ławkach, że ksiądz Broda zakazał nam wykonywania tej piosenki.

Pamiętam również dziewczynki z Białorusi, które latem przyjechały do parafii. Razem z koleżankami z klasy spotykałyśmy się z nimi i razem bawiłyśmy. Pewnego dnia ksiądz Broda zabrał nas wszystkie na rowerową wycieczkę i uczył nas pleść wianki z kwiatów.

Pewnej niedzieli, kiedy stałam sama w pierwszej ławce w kościele, zemdlałam i upadłam na posadzkę. Ksiądz Broda ze stoickim spokojem z ambonki przez mikrofon ogłosił, że zemdlało dziecko, podał imię i nazwisko i ktoś mnie wyniósł na zewnątrz. Akurat na Mszy był lekarz, który pomógł mi dojść do siebie.

Wspomnieniem, które wyryło się w mojej pamięci najmocniej i które żyje w moim sercu do dziś jest przygotowanie do Pierwszej Komunii Świętej. W drugiej klasie lekcje religii prowadził ksiądz Broda. Chodziłam jeszcze do starej szkoły. Do kościoła było blisko, ksiądz zabierał naszą klasę podczas lekcji. Pamiętam jak wiele razy stawał przy ołtarzu i tłumaczył nam co dzieje się podczas Mszy – przeistoczenie chleba i wina w Ciało i krew Chrystusa. Widzę to zupełnie jakby to było wczoraj. Pamiętam jak mówił: „wpatrujcie się w Ciało Chrystusa”. Tak samo mówił podczas Mszy pierwszokomunijnej i jeszcze podczas białego tygodnia. Bardzo jestem mu wdzięczna za to, że nauczył mnie, w którym kierunku patrzeć. 

Natalia

Kiedy byłam w trzeciej klasie i przygotowywaliśmy się do Pierwszej Komunii Świętej siedziałam razem z koleżankami i kolegami w pierwszej ławce. Akurat podczas Mszy był Chrzest Święty. Nam jako dzieciom bardzo się nudziło. Stwierdziliśmy, że jak sobie trochę pogadamy to nic się nie stanie. Mój kolega zaczął opowiadać nam jakąś historię życia. My się w tę historię bardzo wciągnęliśmy. Ksiądz Dominik przystępował już do Chrztu dziecka i zaczęło się wyznawanie wiary. Nie uważaliśmy na to, co ksiądz mówi, tylko powtarzaliśmy jak roboty: „Wyrzekamy się”. Byliśmy tak pochłonięci tą historią kolegi, że nie zauważyliśmy kiedy formuła miała się zmienić na wierzymy. Zamiast wierzymy, powiedzieliśmy na cały głos: „Wyrzekamy się”. Kiedy ksiądz Dominik to usłyszał, odwrócił się w naszą stronę – miał złą minę – i na cały głos do mikrofonu powiedział: „Wierzymy!”. Wtedy zorientowaliśmy się, że źle powiedzieliśmy i do końca Mszy siedzieliśmy cicho jak kamienie i baliśmy się nawet poruszyć.

A z przygotowań do Komunii  pamiętam najbardziej jak Ksiądz mówił, że Tabernakulum to namiot…

Blanka 

Myślałam że tylko jedno podsumowanie zrobię z okazji moich 50 lat życia, a powstało kolejne związane z „50 lat w Jerzykowskim kościele”. Lata biegły i tak jak zmieniało się wnętrze kościoła i jego otoczenie tak i ja się kształtowałam i wzrastałam. To tutaj od 50 lat przychodzę z modlitwą, prośbą,podziękowaniem, szukam przebaczenia. Podsumowując Bóg zapłać za moją wiarę, wytrwałość w trudnościach oraz za ludzi, za Wspólnotę. A przede wszystkim za obecnego księdza proboszcza który swoją osobą bardzo mocno się przyczynia do tego byśmy jako Wspólnota żyli w zgodzie z Ewangelią w tradycji wartości i Bożego Miłosierdzia.

– anonimowo

Przez jakiś czas mieszkaliśmy w Biskupicach i przynależeliśmy do tamtejszej parafii, stąd po przeprowadzce do Promienka tak już jakoś zostało, że tam chodziliśmy zazwyczaj na Msze Święte i na nabożeństwa. W Jerzykowie bywaliśmy dość rzadko…, aż do roku 2020, w którym to z powodu obostrzeń związanych z pandemią wprowadzono limity liczby osób mogących przebywać w kościele. Limity nie dotyczyły służby liturgicznej, dlatego jedynym sposobem, aby móc uczestniczyć na pewno we Mszy świętej było stanąć przy ołtarzu. Spytałem wówczas ks. Jana czy istnieje taka możliwość i wyraził od razu zgodę. Późniejszy czas aż do Jego śmierci to były dla mnie i dla naszej rodziny jedne wielkie rekolekcje. Najpierw diagnoza, później szybko postępująca choroba ks. Jana, cierpienie fizyczne i coraz mniej sił. Z drugiej strony – jakaś niebywała niezłomność tego kapłana, kiedy do końca, przed śmiercią naprawdę już ostatkiem sił, wstawał z łóżka i wychodził do kościoła koncelebrować Mszę Św. Bardzo też kochał swoich parafian. I poza cierpieniem fizycznym, cierpiał też z powodu limitów liczby osób w kościele nakładanych na mocy kolejnych rozporządzeń. Wielokrotnie o tym mówił i autentycznie cierpiał z tego powodu. Wiele razy pytał się w zakrystii o to, ile jest osób w kościele, mówił, że sens jego kapłaństwa to jest być dla ludzi i martwił się, że będzie taki dzień, że nie będzie miał dla kogo odprawić Mszy Świętej. Odszedł do Pana tuż przed zniesieniem rygorystycznych obostrzeń, w wigilię wspomnienia Matki Bożej Fatimskiej. Możliwość bycia przy Księdzu Janie to był dla mnie wielki dar. Mam w sercu dużo wdzięczności za ten czas, za naszą wspólnotę parafialną, za każdą wspólną Eucharystię.
Po śmierci ks. Jana wielu parafian modliło się o dobrego nowego proboszcza… i otrzymaliśmy ks. Dominika.

Od tego czasu minęło już niespełna pięć lat. Sporo czasu, tyle już Okruszyn Chleba przy wspólnym-wspólnotowym stole, tyle słów wypowiedzianych przy stole Słowa, które trafiało we właściwym momencie we właściwe miejsce serca, potrzebnych na daną chwilę życia, na konkretny dzień: jak ten „promyczek dla jednego kroku” z wiersza kard. Newmana, życzliwość, otwartość, bliskość, nowe relacje, nowe więzi, po prostu droga życia. Z wdzięcznością za wszystkich i za każdego z osobna, i za dar kapłanów, z którymi możemy wspólnie tą drogą kroczyć.

Wojtek